...kiedy ze zniszczonego już Hogwartu wyskoczyły Gryf, Wąż, Borsuk i Orzeł. Ptak poszybował z nisko opuszczonymi nogami w stronę śmierciożerców. Chwilę później 1/4 nich leżała już martwa na ziemi. I w tym momencie zaczęła się najbardziej epicka, że tak powiem, bitwa. Lew szybko rzucił się na przeciwników, co również uczynili Wąż i Borsuk. Razem z moimi przyjaciółmi pobiegliśmy w stronę większej liczby wrogów. Po chwili zauważyłam czerwony i zielony strumień światła. Gdy odwróciłam się w ich stronę, zobaczyłam Dumbledora i Voldemorta, którzy nadal ze sobą walczyli. Strasznie się bałam. Usłyszałam jakiś dziwny dźwięk, jakby duszonej sroki. To Neville zabijał Nagini. W tym momencie była cisza. Wszystkie oczy były zwrócone w stronę dwóch najpotężniejszych czarodziei tych czasów. Oczy Czarnego Pana rozszerzyły się do prawie niemożliwych rozmiarów co wykorzystał dyrektor Hogwartu i zaatakował. Już po chwili Ten Którego Imienia Nie Wolno (a raczej nie wolno było) Wymawiać, upadł na ziemię i zaczął rozpadać się na milion kawałków jakby szkła. Popatrzyłam najpierw na moich przyjaciół a potem na śmierciożerców, którzy z przerażeniem w oczach odwrócili się i pobiegli w stronę mostu, gdzie czekali na nich strażnicy Hogwartu. Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że 3/4 a może nawet i wszyscy śmierciożercy trafią teraz do Azkabanu. Wiem, że nie powinnam się cieszyć, bo przecież to też są ludzie, którzy popełnili w życiu bardzo duży błąd. Jednak, kiedy pomyślę o tych wszystkich mugolach i przede wszystkim moich znajomych, których zabili, to nie jest mi ich ani trochę szkoda.
Zrobiło mi się słabo. Nogi miałam jak z waty, jednak próbowałam utrzymać równowagę. Ledwo podeszłam do Freda i go przytuliłam. On oparł brodę na mojej głowie, i powiedział te 3 wspaniałe słowa: Już po wszystkim. Może to są zwykłe sklejone ze sobą litery, ale uspokoiły mnie i pozwoliły na chwilę odpoczynku. Weszliśmy do Hogwartu, gdzie leżeli ranni. Wśród nich zobaczyłam Lunę. Miała zabandażowaną nogę i gazę przy skroni. Przy niej siedział zmartwiony Dean. Ucieszyłam się, że są razem. Podeszłam do nich i przytuliłam moją przyjaciółkę. W czasie, kiedy byliśmy u mnie w domu dużo ze sobą pisałyśmy. Znowu zrobiło mi się słabo. Szybko pobiegłam do łazienki. Usłyszałam za sobą głos Pansy, Blaisa , Draco i Freda. George prawdopodobnie został jeszcze w Wielkiej Sali. W sumie nie ma co opisywać. Zwymiotowałam. Tak, wiem fascynujące.
*Przed łazienką, w której jest Hermiona*
-Co jej się stało?-zapytała Pansy.
-Nie wiem, czy powinienem to mówić, bo pewnie sama chce wam go powiedzieć-powiedział niepewnie Fred.
-Słuchaj no, Weasley-powiedziała, kierując w stronę rudzielca różdżką.-Jeśli zaraz nie powiesz mi co się dzieje z moją przyjaciółką, to nieźle oberwiesz.
-Dobra, spokojnie. No bo Hermiona, jest w ciąży-powiedział cicho.
-Słucham?! Będę ciocią!-krzyknęła.
-Słyszę, że już się dowiedzieliście-powiedziałam spokojnie.
-Przepraszam kochanie, ale Pansy mi...
-Tylko gratulowała-dokończyła Pans.
-Ej, stary dobrze się czujesz? Może ty też jesteś w ciąży?-zapytał z uśmiechem na twarzy Blaise.
Draco siedział pod ścianą z miną jakby dowiedział się, że jego ulubiona drużyna Quddicha właśnie odpadła z półfinału mistrzostw świata.
-Nie, nic. Po prostu się cieszę-wstał i z uśmiechem mnie przytulił.
Chwilę później poszliśmy do Wielkiej Sali. Szybko pobiegłam do Harrego i Rona. Nawet nie miałam sposobności się z nimi przywitać.
-Cześć, Harry-powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję.
-Cześć.
Jakby co, żebym nie wyszła na chamidło. Rona nie było w pobliżu, dlatego się z nim nie przywitałam.
Właśnie podszedł do nas Dumbledore. Było widać, że był wykończony walką. Powiedział nam tylko, że się cieszy, że jest już koniec wojny i, że możemy wracać do domów. Po tych słowach poszedł podtrzymując się prof. McGonagall do swojego gabinetu.
Przeszliśmy przez Zakazany Las i teleportowaliśmy się każdy do swojego domu. Blaise, Pansy i Draco mieszkali w Malfoy Manor, ponieważ nie było już kryjówką śmierciożerców. W rezydencji już czekała na nich Narcyza. Lucjusza zabrali do Azkabanu. Może to i lepiej? W końcu nie będzie musiała się z nim męczyć. Wracając do nas. Stałam przed domem, obok drzewa Teodora. Fred wszedł już do środka i zaczął powoli naprawiać (czarami oczywiście) wnętrze. Uśmiechnęłam się. Usiadłam obok i popatrzyłam w dal. Przypomniało mi się jak pierwszy raz ze sobą rozmawialiśmy.
-Miona, może zrobimy coś do jedzenia? Umieram z głodu-usłyszałam głos mojego chłopaka.
-Już idę. Może zamówimy pizze?
-Pizze? A co to?
Ja tylko się zaśmiałam i wytłumaczyłam temu głuptaskowi co to jest pizza.
-No ba, że zamawiamy! Najlepiej jakąś dużą, bo pewnie 3/4 całej zjesz ty i ono-powiedział i położył mi na brzuchu rękę.
-Spadaj-przytuliłam go.
Po około godzinie przyjechał nasz posiłek. Zamówiliśmy maxi hawajską. Fred nadal był przekonany, że będę jadła ogromne ilości jedzenia, Ja jednak myślę, że to jeszcze nie ten etap ;).
Po wykąpaniu się, przebrałam się w moją piżamkę, i rzuciłam dla Freddiego podobną.
-Co to jest?-zapytał z przerażeniem w oczach.
-Nasze piżamy-powiedziałam i mrugnęłam okiem.
Poszłam do mojego pokoju, gdzie teraz stało piękne łóżko. Od razu do niego wskoczyłam. Chwilę później do pokoju wszedł Fred. Teraz byliśmy jednorożcami! W tych piżamach wyglądaliśmy zajefajnie.
Zasnęłam bardzo szybko. Pierwszy raz od wielu tygodni. W końcu czułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że już nic nam nie grozi, nareszcie będziemy normalnie żyć.
Hej, hej. Wiem, że straaaasznie długo nie dodałam rozdziału, ale nie mam weny ale są wakacje i będę pisać częściej. Mam nadzieję, że się wam spodobało. Ciekawi mnie o czym myśleliście, kiedy Draco usiadł pod ścianą, jak dowiedział się, że Miona jest w ciąży. Ale to zdradzę wam w epilogu!
~Panna Weasley ^.^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz